REPORTAGE

Człowiek od gotówki

Reportaż o gotówce, łańcuchu i namiastce zaufania. Niewidzialność w internecie jest jednym z najbardziej przereklamowanych pojęć.

Tomek16 min czytania

Reportaż

Nie pamiętam pierwszego oszustwa.

Pamiętam za to pierwsze pieniądze.

To dziwne, bo człowiek zwykle pamięta wydarzenia, a nie banknoty. Twarze, miejsca, rozmowy. W moim przypadku było odwrotnie. Twarze znikały. Miejsca się zmieniały. Numery telefonów przestawały istnieć. Konta były zamykane. Nicki umierały równie szybko jak ludzie, którzy ich używali.

Pieniądze zostawały.

Gotówka ma jedną przewagę nad pamięcią.

Nie pyta, skąd przyszła.

Normalizacja

Pierwszy raz, kiedy stałem przed bankomatem z cudzymi pieniędzmi w głowie, nie czułem się jak przestępca.

To było najgorsze.

Nie było muzyki z filmu. Nie było nerwowego rozglądania się. Nie było człowieka w czarnym samochodzie, który obserwował mnie zza szyby.

Była zwykła ulica.

Zwykły bankomat.

Zwykły dzień.

I człowiek, który miał wykonać zadanie.

Tak właśnie działa normalizacja.

Pierwszy krok wydaje się granicą.

Drugi już tylko powtórzeniem.

Trzeci staje się rutyną.

Potem człowiek przestaje pytać, gdzie właściwie jest granica.

W tamtym świecie każdy miał funkcję.

Niektórzy zdobywali informacje.

Niektórzy szukali ludzi.

Niektórzy przekonywali.

Niektórzy odbierali pieniądze.

Niektórzy tylko przekazywali wiadomości.

Najwyżej znajdowali się ci, których prawie nigdy nie było widać.

To oni byli najbardziej interesujący.

Nie dlatego, że byli genialni.

Dlatego, że potrafili sprawić, żeby inni wykonywali za nich pracę.

To była pierwsza rzecz, której nauczyłem się o przestępczej stronie internetu: im wyżej jesteś w strukturze, tym mniej musisz robić własnymi rękami.

Na dole byli ludzie.

Na górze były procesy.

Tak wyglądało to wtedy, chociaż oczywiście nikt nie używał takich słów.

Nie mówiliśmy „struktura organizacyjna”.

Mówiliśmy „kontakt”.

Nie „pośrednik”.

„Człowiek”.

Nie „operacja”.

„Temat”.

Nie „przestępstwo”.

„Robota”.

Filtr języka

Język był filtrem.

Jeżeli zmienisz nazwę rzeczy, łatwiej przestajesz widzieć jej znaczenie.

„Ukradzione pieniądze” stają się „kasą”.

„Ofiara” staje się „klientem”.

„Oszustwo” staje się „akcją”.

A człowiek, który został oszukany, przestaje być człowiekiem.

Staje się liczbą.

Wtedy jeszcze nie interesowało mnie, kto jest po drugiej stronie.

To była jedna z podstawowych zasad tego środowiska.

Nie wiedzieć.

Im mniej wiesz, tym mniej możesz powiedzieć.

Im mniej możesz powiedzieć, tym mniej stanowisz zagrożenie.

Tak przynajmniej się wydawało.

Później zrozumiałem, że była to tylko połowa prawdy.

Druga brzmiała: im mniej wiesz, tym łatwiej tobą zarządzać.

Warstwy i zaufanie

Internet szybko pokazał mi, że nie ma jednej „ciemnej strony”.

Są tylko kolejne warstwy.

Jedna prowadzi do drugiej.

Za zamkniętym kanałem znajduje się forum.

Za forum kontakt.

Za kontaktem człowiek.

Za człowiekiem kolejny człowiek.

A za nim ktoś, kto nigdy nie pojawia się w rozmowie.

W filmach darknet jest miejscem.

W rzeczywistości był bardziej relacją pomiędzy ludźmi.

Adresy i technologie były tylko infrastrukturą.

Najważniejszym elementem pozostawało zaufanie.

A właściwie jego namiastka.

Nie trzeba znać prawdziwego nazwiska.

Wystarczy wiedzieć, że ktoś dotrzymuje słowa.

Nie trzeba znać twarzy.

Wystarczy kilka udanych transakcji.

Nie trzeba znać historii.

Wystarczy reputacja.

To było fascynujące.

I jednocześnie absurdalne.

Ludzie, którzy bali się państwa, banków i monitoringu, budowali własne systemy reputacyjne.

Ludzie, którzy twierdzili, że nikomu nie ufają, ufali pseudonimom.

Ludzie, którzy obsesyjnie mówili o anonimowości, potrafili powiedzieć komuś po drugiej stronie ekranu rzeczy, których nie powiedzieliby rodzinie.

Anonimowość nie usuwa potrzeby zaufania.

Czasami tylko zmienia jego formę.

Internetowe wersje ludzi

Z czasem zacząłem poznawać więcej osób.

A przynajmniej ich internetowe wersje.

Niektórzy byli agresywni.

Niektórzy byli spokojni.

Niektórzy pisali poprawnie i rzeczowo.

Inni wyglądali, jakby całe życie spędzili w komentarzach.

Byli też tacy, którzy sprawiali wrażenie zupełnie normalnych.

To oni byli najtrudniejsi do zapamiętania.

Bo nie pasowali do stereotypu.

Mieli pracę.

Rodziny.

Samochody.

Problemy z kredytem.

Humor.

Zwykłe życie.

A wieczorem logowali się do miejsca, w którym zwykłe życie przestawało obowiązywać.

Niektórzy zaczynali od pieniędzy.

Inni od ciekawości.

Jeszcze inni od poczucia, że znaleźli system, którego reguły są prostsze niż reguły świata legalnego.

W świecie oficjalnym trzeba było mieć kwalifikacje, doświadczenie, dokumenty, historię.

Tutaj czasami wystarczało, że ktoś powiedział:

Znam człowieka.

To zdanie potrafiło otworzyć więcej drzwi niż CV.

Człowiek od wykonania

Przez pewien czas myślałem, że znam swoją pozycję.

Byłem człowiekiem od wykonania.

Nie decydowałem.

Nie projektowałem.

Nie organizowałem.

Wykonywałem.

To dawało złudne poczucie bezpieczeństwa.

Człowiek stojący na końcu łańcucha może sobie wmówić, że nie odpowiada za to, co dzieje się na początku.

Nie widzi ofiary.

Nie zna jej historii.

Nie zna osoby, która stworzyła oszustwo.

Nie zna osoby, która zarobiła najwięcej.

Widzi tylko swój fragment.

Bankomat.

Kopertę.

Telefon.

Spotkanie.

Gotówkę.

I koniec.

Problem polegał na tym, że nigdy nie było końca.

Każdy kontakt prowadził do kolejnego.

Każda wypłata generowała następną.

Każde pieniądze miały swoją historię.

Nawet jeżeli jej nie znałem.

Pamiętam pewien wieczór.

Siedziałem sam.

Telefon leżał obok.

Nie czekałem na wiadomość.

A jednak sprawdzałem ekran co kilka minut.

To był moment, kiedy zrozumiałem, że relacja zaczęła działać w obie strony.

Wcześniej wydawało mi się, że to ja korzystam z systemu.

Teraz system zaczął korzystać ze mnie.

Nie musiał mnie zmuszać.

Wystarczyło, że wiedziałem, czego się ode mnie oczekuje.

Tak działa uzależnienie od środowiska.

Nie musi polegać wyłącznie na substancji.

Można uzależnić się od pieniędzy.

Od ryzyka.

Od informacji.

Od poczucia, że wie się coś, czego nie wiedzą inni.

Od przekonania, że istnieje druga rzeczywistość, do której większość ludzi nie ma dostępu.

To ostatnie jest szczególnie niebezpieczne.

Bo człowiek zaczyna uważać swoją wiedzę za przewagę.

A przewaga bardzo łatwo zamienia się w pychę.

W tamtym czasie znałem ludzi z różnych poziomów tego świata.

Niektórych pamiętam do dziś.

Nie ich nazwiska.

Ich zachowania.

Ktoś zawsze pisał tylko krótkimi zdaniami.

Ktoś inny znikał na tygodnie.

Jeden człowiek nigdy nie rozmawiał przez telefon.

Inny zawsze chciał wiedzieć za dużo.

Jeszcze inny zawsze wiedział wszystko.

Ten ostatni był najbardziej niebezpieczny.

Nie dlatego, że musiał taki być.

Dlatego, że ludzie, którzy twierdzą, że wiedzą wszystko, zwykle zaczynają podejmować decyzje za innych.

Czystka

Potem zaczęły pojawiać się pierwsze pęknięcia.

Ktoś przestał odpowiadać.

Ktoś inny nagle zmienił numer.

Jakiś kontakt zniknął.

Konto przestało działać.

Ktoś został zatrzymany.

Informacje pojawiały się fragmentarycznie.

Nikt niczego nie wiedział.

A jednocześnie wszyscy coś wiedzieli.

Tak wygląda panika w środowisku opartym na anonimowości.

Nie ma jednej informacji.

Są dziesiątki wersji.

Każda może być prawdziwa.

Każda może być kłamstwem.

I żadnej nie można zweryfikować.

Wtedy po raz pierwszy usłyszałem słowo: „czystka”.

Nie wiem, czy było użyte poważnie.

Może ktoś tylko próbował brzmieć groźnie.

Ale słowo zostało mi w głowie.

Bo nagle zacząłem patrzeć na kontakty inaczej.

Nie jako na ludzi, których znam.

Jako na ludzi, którzy wiedzą coś o mnie.

To zupełnie inna perspektywa.

Przejrzałem stare wiadomości.

Nie po to, żeby coś znaleźć.

Po prostu chciałem zobaczyć, ile informacji o mnie mogło istnieć w cudzych rękach.

Okazało się, że więcej, niż przypuszczałem.

Numery.

Imiona.

Miejsca.

Terminy.

Kontakty.

Fragmenty rozmów.

Informacje, które w izolacji nie znaczyły wiele.

Razem tworzyły obraz.

Niepełny.

Ale wystarczający.

To był pierwszy moment, kiedy zrozumiałem prawdziwy problem anonimowości.

Anonimowość nie jest stanem „nikt nie wie, kim jesteś”.

To raczej problem ilości informacji.

Jeżeli jedna osoba ma jeden fragment, niewiele z niego wynika.

Jeżeli dziesięć osób ma po kilka fragmentów, pojawia się wzór.

A wzór może prowadzić do człowieka.

Musisz zniknąć

Pewnej nocy przyszła wiadomość.

Nie pamiętam dokładnej godziny.

Pamiętam treść.

Musisz zniknąć.

Nic więcej.

Bez powodu.

Bez wyjaśnienia.

Bez pytania.

Przeczytałem ją kilka razy.

Pierwsza myśl była banalna: ktoś mnie straszy.

Druga była gorsza: ktoś mnie ostrzega.

Trzecia była najgorsza: ktoś już wie.

Nie spałem tej nocy.

Nie dlatego, że spodziewałem się policji pod drzwiami.

Bałem się czegoś bardziej abstrakcyjnego.

Nie wiedziałem, kto mnie obserwuje.

Nie wiedziałem, czy ktokolwiek mnie obserwuje.

Nie wiedziałem nawet, czy wiadomość była prawdziwa.

Ale od tej chwili każda możliwość wydawała się realna.

Telefon stał się podejrzany.

Kontakty stały się podejrzane.

Milczenie stało się podejrzane.

Każda wiadomość mogła być próbą.

Każde pytanie mogło być testem.

Każdy człowiek mógł wiedzieć więcej, niż mówił.

Następnego dnia pojawiła się druga wiadomość.

Tym razem ktoś użył mojego prawdziwego imienia.

To był moment, kiedy wszystko się zmieniło.

Bo pseudonim może być przypadkiem.

Nick może zostać znaleziony.

Numer może wyciec.

Ale moje imię?

Nie powinno tam być.

Zacząłem analizować przeszłość.

Nie jak przestępca.

Jak administrator systemu, który próbuje znaleźć źródło incydentu.

To była pierwsza sytuacja, w której moje techniczne myślenie okazało się bardziej użyteczne niż doświadczenie samego środowiska.

Zamiast pytać: „Kto mnie zna?”

zacząłem pytać: „Kto mógł mieć dostęp do którego fragmentu informacji?”

To zmieniało wszystko.

Powstała mapa.

Nie na komputerze.

W głowie.

Osoba A znała osobę B.

B znała C.

C znała D.

D znała miejsce.

Ktoś znał numer.

Ktoś znał pseudonim.

Ktoś znał prawdziwe imię.

A ja zacząłem łączyć te punkty.

I wtedy zauważyłem coś, czego wcześniej nie widziałem.

Wszystkie ścieżki prowadziły do jednego człowieka.

Nie tego, którego uważałem za najważniejszego.

Kogoś innego.

Kogoś, kto prawie nigdy się nie odzywał.

K

Nazwijmy go „K”.

Nie dlatego, że tak się nazywał.

Po prostu potrzebuję litery.

K nigdy nie wyglądał jak lider.

Nie miał wielkich deklaracji.

Nie próbował imponować.

Nie groził.

Nie opowiadał o pieniądzach.

Nie publikował zdjęć.

Nie budował wokół siebie legendy.

Był nudny.

I właśnie dlatego przeoczyłem go wcześniej.

Im dłużej analizowałem stare kontakty, tym bardziej zaczynałem rozumieć jego rolę.

Nie kontrolował ludzi bezpośrednio.

Kontrolował przepływ informacji.

To było znacznie skuteczniejsze.

Nie musiał znać wszystkich.

Wystarczyło, że wiedział, kto zna kogo.

Nie musiał wydawać poleceń.

Wystarczyło, że odpowiednia informacja trafiła do odpowiedniej osoby.

Nie musiał znać całej operacji.

Wystarczyło, że znał strukturę.

Wtedy dotarło do mnie coś jeszcze.

Moje „bezpieczeństwo” nigdy nie wynikało z tego, że byłem nieważny.

Wynikało z tego, że byłem użyteczny.

To ogromna różnica.

Użyteczny człowiek jest bezpieczny tylko tak długo, jak długo pozostaje użyteczny.

Jeżeli przestaje być potrzebny, zmienia kategorię.

Z zasobu staje się ryzykiem.

A ryzyko można usunąć.

Nie wiem, co dokładnie wydarzyło się później.

I nie będę udawał, że znam odpowiedzi na wszystkie pytania.

Z czasem kontakty zaczęły znikać.

Jedne nagle.

Inne powoli.

Część po prostu przestała odpowiadać.

Niektóre osoby prawdopodobnie poszły dalej.

Niektóre prawdopodobnie miały problemy.

Niektóre mogły zwyczajnie zmienić życie.

Darknet ma jedną szczególną cechę: nigdy nie wiadomo, czy ktoś zniknął, bo uciekł, czy dlatego, że przestał mieć możliwość powrotu.

Ciężar

Ja też zacząłem się wycofywać.

Nie było jednego spektakularnego momentu.

Nie było sceny, w której zamykam laptopa i mówię: „To koniec.”

Tak nie działa rzeczywistość.

Człowiek przestaje odpowiadać na jedną wiadomość.

Potem na drugą.

Przestaje sprawdzać jedno miejsce.

Potem drugie.

Kontakty powoli tracą znaczenie.

Ryzyko przestaje wydawać się ekscytujące.

Pieniądze przestają być warte ceny, której wcześniej nie zauważałeś.

Najtrudniejsze było coś innego.

Po odejściu nadal wiedziałem, jak działa tamten świat.

To nie znika.

Wiedza zostaje.

Kontakty mogą zostać.

Pamięć zostaje.

I przez jakiś czas człowiek ma wrażenie, że posiada coś wyjątkowego.

Dostęp.

Informację.

Historię.

Tajemnicę.

Dopiero później zaczyna rozumieć, że większość tych rzeczy nie jest aktywem.

Jest ciężarem.

Dzisiaj interesuje mnie mechanizm.

Nie legenda.

Nie mit darknetu.

Nie romantyczna opowieść o hakerach, którzy są zawsze o krok przed systemem.

To bajka.

Prawdziwy świat jest znacznie bardziej banalny.

Większość przestępczości cyfrowej nie wymaga geniusza.

Wymaga organizacji.

Socjotechniki.

Niedbałości.

Chciwości.

Pośpiechu.

Czasami zwykłego pecha.

I ludzi, którzy są gotowi zrobić coś za pieniądze.

Najbardziej zmieniło się moje spojrzenie na ofiarę.

Kiedyś była elementem historii.

Teraz wiem, że każda historia zaczyna się od człowieka.

Kogoś, kto ufał.

Kogoś, kto się spieszył.

Kogoś, kto nie zauważył szczegółu.

Kogoś, kto znalazł się w złym miejscu w złym momencie.

To nie zmienia mechanizmu.

Zmienia tylko jego znaczenie.

Pamiętam jeszcze jedną rzecz.

Późniejszą wiadomość.

Przyszła długo po tamtych wydarzeniach.

Numeru nie znałem.

Treść była krótka.

Pamiętasz mnie?

Nie odpowiedziałem.

Przez kilka minut patrzyłem na ekran.

Potem usunąłem wiadomość.

I dopiero wtedy zrozumiałem, że przez cały czas popełniałem jeden podstawowy błąd.

Myślałem, że największym zagrożeniem jest ktoś, kto wie, kim jestem.

Nie.

Największym zagrożeniem jest ktoś, kto wie, jak dużo nie wiem.

Ostrzeżenie albo test

Przez lata uważałem się za człowieka stojącego na końcu łańcucha.

Dzisiaj myślę, że nie było żadnego końca.

Była tylko sieć.

Jedni ludzie przekazywali pieniądze.

Inni informacje.

Jeszcze inni kontakty.

Każdy posiadał fragment.

Nikt nie widział całości.

A może jedna osoba ją widziała.

Może K.

Może ktoś nad nim.

Może nikt.

I tutaj pojawia się pytanie, którego przez długi czas nie chciałem sobie zadać.

Dlaczego dostałem tamtą wiadomość?

Dlaczego ktoś ostrzegł właśnie mnie?

Dlaczego użył mojego prawdziwego imienia?

I dlaczego później wszystko zaczęło się rozpadać?

Przez lata zakładałem, że odpowiedź jest prosta.

Ktoś chciał mnie ochronić.

Dzisiaj nie jestem już tego pewien.

Bo istnieje druga możliwość.

Znacznie gorsza.

Może ta wiadomość nigdy nie była ostrzeżeniem.

Może była testem.

Jeżeli tak było, cały tamten okres wygląda inaczej.

Nie byłem człowiekiem, który przypadkiem dowiedział się za dużo.

Byłem człowiekiem, któremu pozwolono dowiedzieć się wystarczająco dużo, żeby sprawdzić, co zrobi.

To oznaczałoby, że ktoś obserwował mnie znacznie wcześniej, niż sądziłem.

Że moje pytania były zauważane.

Moje kontakty analizowane.

Moje zachowanie oceniane.

A wiadomość „musisz zniknąć” nie miała mnie ratować.

Miała sprawdzić, czy zniknę.

Nie wiem, czy to prawda.

Nie mam dowodu.

I właśnie dlatego ta hipoteza jest bardziej niepokojąca od wszystkich innych.

Bo nie da się jej całkowicie wykluczyć.

Jest jeszcze jeden szczegół.

Kiedy próbowałem później odtworzyć historię tamtych kontaktów, odkryłem coś dziwnego.

W pewnym miejscu brakowało wiadomości.

Nie pojedynczej.

Całego fragmentu.

Jakby rozmowa została wycięta.

Nie wiem przez kogo.

Nie wiem kiedy.

Nie wiem dlaczego.

Może to był przypadek.

Może automatyczne usuwanie.

Może ktoś po prostu skasował historię.

A może ktoś chciał, żebym nigdy nie zobaczył jednego konkretnego fragmentu.

Nigdy nie dowiem się, która wersja jest prawdziwa.

I być może właśnie to jest najuczciwsze zakończenie tej historii.

Nie ma wielkiego finału.

Nie ma nazwiska człowieka stojącego na szczycie.

Nie ma mapy pokazującej całą strukturę.

Nie ma ostatniego spotkania.

Nie ma filmu, w którym wszystkie elementy układają się w perfekcyjną całość.

Jest tylko pamięć.

Fragmenty.

Ludzie, których już nie ma w moim życiu.

Pieniądze, których już nie ma.

Kontakty, które przestały działać.

I wiedza, która została.

Ślady

Dzisiaj, kiedy patrzę na ekran komputera, widzę coś zupełnie innego niż kiedyś.

Adres IP.

Domenę.

Log.

Konto.

Proces.

Numer.

Dane.

Kiedyś były dla mnie narzędziami.

Teraz widzę w nich ślady.

Każdy system zostawia ślady.

Każdy człowiek również.

Nie istnieje idealna niewidzialność.

Istnieją tylko różne poziomy widoczności.

To jest chyba największa ironia całej historii.

Wszedłem w tamten świat, ponieważ wydawał się światem ludzi niewidzialnych.

Wyszedłem z niego z przekonaniem, że niewidzialność jest jednym z najbardziej przereklamowanych pojęć w internecie.

Możesz ukryć nazwisko.

Możesz zmienić pseudonim.

Możesz zmienić numer.

Możesz zmienić konto.

Możesz zmienić miejsce.

Ale pozostają zachowania.

Pozostają relacje.

Pozostają błędy.

Pozostają ludzie.

A ludzie są najgorszym systemem bezpieczeństwa, jaki istnieje.

Nie jestem już człowiekiem od gotówki.

Nie dlatego, że pewnego dnia stałem się innym człowiekiem.

Takie przemiany dobrze wyglądają w filmach.

W rzeczywistości człowiek po prostu przestaje robić kolejne rzeczy.

Jedna po drugiej.

Aż któregoś dnia orientuje się, że od dawna nie wraca do starego świata.

Czasami jednak wracają wiadomości.

Stary nick.

Nieznany numer.

Krótki tekst.

Pamiętasz?

Tak.

Pamiętam.

Pamiętam bankomat.

Pamiętam gotówkę.

Pamiętam ludzi bez nazwisk.

Pamiętam ludzi, którzy znali moje nazwisko.

Pamiętam miejsca, które miały być niewidoczne.

Pamiętam, jak łatwo człowiek zaczyna traktować przestępstwo jak usługę.

Pamiętam, jak łatwo usługę zamienia się w rutynę.

I pamiętam najważniejszą rzecz: nigdy nie byłem poza systemem.

Byłem jego elementem.

Tak samo jak ludzie, których uważałem za klientów.

Tak samo jak ludzie, których uważałem za zleceniodawców.

Tak samo jak ci, których nigdy nie poznałem.

Różnica polegała tylko na tym, że niektórzy widzieli większy fragment.

A ja widziałem swój.

Do dziś nie wiem, kim był K.

Może był tylko pośrednikiem.

Może kimś znacznie ważniejszym.

Może cała historia, którą przez lata próbowałem zrekonstruować, jest tylko zbiorem przypadków, które po czasie wyglądają jak plan.

To też jest możliwe.

Ludzki mózg nie znosi pustych miejsc.

Łączy punkty.

Buduje wzory.

Nadaje znaczenie przypadkom.

Dlatego nie twierdzę, że znam całą prawdę.

Twierdzę tylko, że byłem wystarczająco blisko, żeby zobaczyć fragment.

I wystarczająco daleko, żeby nigdy nie zobaczyć całości.

Może właśnie na tym polega prawdziwa ciemność internetu.

Nie na tym, że niczego nie widać.

Na tym, że widać tylko tyle, ile ktoś chce ci pokazać.

A kiedy zaczynasz widzieć za dużo, pojawia się pytanie: kto zdecydował, że możesz to zobaczyć?

To pytanie zostało ze mną.

Dłużej niż pieniądze.

Dłużej niż kontakty.

Dłużej niż wszystkie pseudonimy.

I być może dlatego dzisiaj, kiedy ktoś mówi mi: „Znam ludzi z darknetu.”

nie pytam: „Kogo?”

Pytam: „A skąd wiesz, że oni znają ciebie?”

Chcesz to mieć w labie albo na produkcji?

Artykuł zostaje darmowy. Formularz jest od zakresu, nie od paywalla.

Zapytanie jest zapisywane na serwerze. Dostaniesz krótkie potwierdzenie z hello@tomek.st. Powiadomienie idzie też na Telegram i e-mail operatora.